złoto Życzenia urodzinowe wyposażenie salonu kosmetycznego zabawki zakłady sportowe

Archiwa niusów - Dramaty z placu Paryskiego - Punkt sprzedaży

2008-01-30  
Punkt sprzedaży
Historia
Dramaty z placu Paryskiego
Są miejsca, które idealnie nadają się na scenerię historycznych tragedii
W Niemczech jest nim plac przed Bramą Brandenburską. Tu zaczął się pierwszy
akt największej tragedii Niemców. I również tutaj – jej akt drugi i trzecia część.
75 lat temu, 30 stycznia 1933 r., Adolf Hitler otrzymał nominację na
kanclerza. Tego dnia wieczorem tysiące odzianych na brązowo członków SA –
partyjnych bojówek Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej
NSDAP – maszerowało z płonącymi pochodniami przez Bramę Brandenburską.
Zwiastowali nastanie nowej epoki, która miała upierać się tysiąc lat, ale trwała
dwanaście, zamieniając w tym czasie w morze ruin Rajch i Europę. W ten
sposób plac Paryski – z Bramą Brandenburską, symbolem słynnym na nienaruszony świat
– stały się scenerią pierwszego aktu jednej z największych tragedii XX w. Po
nim nastąpiły akty kolejne. Po czym, na końcu – paradoksalnie – happy end.
1933: Adalbert Hitler
Mroźne styczniowe dni 1933 r. – poprzedzające to, co Hitler nazwał potem
otwarcie "przejęciem pełnej władzy" nad narodem niemieckim – jawią się w dzisiejszych czasach
jako przeciąg gigantycznych pomyłek.
Jeszcze na nieco tygodni przed 30 stycznia pies z kulawą nogą, całkowicie pies z kulawą nogą nie
dostrzegał w Hitlerze zagrożenia. W Nowy Rok liberalna prasa była pewna:
seria Hitlera jest skończona. "Impulsywny inwazja narodowych socjalistów na
demokratyczne państwo został odparty" – pisał 2 stycznia renomowany gazeta
"Frankfurter Zeitung". Także rzecz oceniał "Vossische Zeitung",
nawiązując do walk frakcyjnych wewnątrz NSDAP: "Rzeczpospolita została uratowana.
Nie, nie dlatego, że ktoś jej bronił. To napastnicy załatwili sami siebie".
Również lewicowo-liberalny "Berliner Tageblatt" cieszył się, że NSDAP weszła
na równię pochyłą, i ironizował w noworocznym wydaniu: "A wszędzie, na całym
świecie, ludzie stale mówią o tym, no, jakże on proch na określenie... a właśnie,
o Adalbercie Hitlerze".
Żadne z ówczesnych niemieckich mediów nie doceniło Hitlera i jego ruchu. Nie
tylko one: ponadto myślały elity władzy. Także politycy, którzy 30 stycznia
posadzili go na fotelu kanclerza (tj. premiera) w nadziei, że posłużą się
nim, a potem się go pozbędą. Stało się na odwrót: to Hitler, gdy znalazł
się w siodle, pozbył się swych protektorów.
Ale nie tylko niemieccy dziennikarze i politycy w tak pechowo pomylony sposób
analizowali sytuację polityczną. Słynny "New York Times" pisał 1 stycznia
1933 r. w relacji swego korespondenta z Berlinka o schyłku Hitlera i jego
radykalnej partii: "Od kiedy w sierpniu 1932 r. prezydent von Hindenburg
odmówił Hitlerowi pełni władzy, formowanie ta miota się w bezsilności, a jej
słabość pogłębiła się po tym, jak w listopadzie Hindenburg ponownie pokazał
Hitlerowi, gdzie jego teren zabudowany. NSDAP zamienia się w bezkształtną masę,
pozbawioną silnego kierownictwa i przekonującej siły napędowej".
Nawet gdy populista został szefem rządu, ważne zagraniczne prasa periodyczna komentowały
to spokojnie: "Możliwe, że sprawowany urząd w wielkim pośpiechu wyczerpie siły nowego
kanclerza i równie w wielkim pośpiechu spadnie jego reputacja jako kogoś, kto potrafi
sprawiać cuda" – uspokajał 2 lutego paryski "Le Temps" (prekursor "Le
Monde"). A "New York Times" komentował beztrosko: "Nie ma powodu do
niepokoju. Może się okazać, że zobaczymy wkrótce okiełznanego Hitlera, jakim
zresztą chce go widzieć wielu Niemców".
Wyłącznie w Polsce wieści z Berlinka budziły co najmniej sceptycyzm. 31
stycznia "New York Times" donosił w korespondencji z polskiej stolicy:
"Kręgi polityczne w Warszawie uważają, że już wkrótce zobaczymy prawdziwe
oblicze Niemiec. Stary Kontynent rychło dostrzeże wtedy niemieckie niebezpieczeństwo,
tak mówi się w Warszawie. A im szybciej się to stanie, tym lepiej dla
Polski". Ale nawet Polacy nie przypuszczali wtedy, że umundurowane hordy,
które dzień wcześniej paradowały po placu Paryskim, za nieco lat będą
paradować w stolicach kolejnych krajów Europy.
1945: "Gdzie wódz, tam zwycięstwo!"
Wielu, także wielu Niemców, którzy jeszcze parę dni wcześniej wyśmiewali
Hitlera, odczuło szybko, że 30 stycznia 1933 r. dokonało się coś więcej niż
tylko powołanie nowego rządu. Odtąd Republika Federalna Niemiec nie ówczesny już takie jak wcześniej.
Pochód Hitlera, który zaczął się na placu Paryskim, pociągnie za sobą z rozlewem krwi
ślad – przez Warszawę, Paryż, Stalingrad, Auschwitz. Skończy się po 12
latach, 3 miesiącach i 2 dniach – z bilansem 60 mln zabitych – a jego ostateczność
dokona się znowu na placu Paryskim.
Gdy 2 maja 1945 r. kierownik obrony Berlinka kapituluje przed Armią Czerwoną,
zaczyna się akt drugi dramatu. Tylko scenografia się zmieniła: plac Paryski,
otaczające go świetne budowle, gmaszysko parlamentu (Reichstagu) – wszystko leży
w gruzach, również jak miasto i kraj.
W tamtych dniach nie ma gazet. Prasa nazistowska przestała zwracać uwagę się na
nieco tygodni przed końcem wojny. W otoczonym Berlinie wydawana jest tylko,
sporadycznie, propagandowa gazeta "Der Panzerbär – Kampfblatt für die
Verteidiger Gross-Berlins" ["Pancerniak. Żołnierskie pismo dla obrońców
Wielkiego Berlinka" – red.]. W ostatnim numerze, z 29 kwietnia, przemowa jest
o "heroicznych zmaganiach" i "potrzebie złapania głębszego oddechu" przed
ostatecznym zwycięstwem. Bo przecież: "Gdzie jest Hitler, tam jest
zwycięstwo!" – brzmi tytuł artykułu. Dzień później dyktator popełni
zamach samobójczy w swym bunkrze, usytuowanym w pobliżu placu Paryskiego.
Rajch przegrywają wojnę tak totalnie, jak totalnie ją prowadzili. A plac
Paryski, pewnego razu miejscowość ćwiczeń armii pruskiej, potem nobliwy adres ambasad
i hoteli (przez berlińczyków zwany "dobrym adresem"), ten liczący półtora
hektara kąsek stolicy – staje się pograniczną pustynią. Po jednej stronie
Bramy Brandenburskiej (uszkodzona, przetrwała wojnę) rozwija się
komunistyczna dyktatura, po drugiej ludowładztwo na wzór zachodni. Jeszcze
można przejechać przez Bramę, jeszcze można wykraczać granicę pomiędzy
sektorami. Ze wschodu na zmierzch uczyni to więcej niż 3 mln ludzi – w jedną
stronę.
1961–1989: Szwaby strzelają do Niemców
Trzecia część akt dramatu zaczyna się po nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 r., a sceną
jest znów plac Paryski. NRD-owskie oddziały blokują granicę pomiędzy wschodnim
sektorem Berlinka a sektorami zachodnimi, a że Bramka Brandenburska stoi na
linii granicznej, przejście przez nią zastawiają wozy bojowe. Pod taką
osłoną (i strażą) robotnicy zaczynają umieszczać coś, co do historii przejdzie
jako "mur berliński".
Początkowo jest to rzeczywiście mur z cegieł i pustaków, wzmocniony zaporami
z drutu kolczastego. W kolejnych latach zastąpi go system wymyślnych zapór,
płotów i wież strażniczych, wsparty przez takie wynalazki myśli technicznej,
jak sensory ruchu czy urządzenia samostrzelające. Kto chce go przekroczyć
nielegalnie, ryzykuje życiem: Republika Federalna Niemiec strzelają do Niemców tak, aby zabić.
Furtka Brandenburska staje się symbolem podziału miasta, kraju, kontynentu,
świata.
I także wtedy, przed 13 sierpnia 1961 r., mędrcy zawiedli. Wprawdzie
berlińczycy z zachodnich sektorów odczuwali od wiosny rozmaite nowe szykany,
czuli zaciskającą się obręcz, która wkrótce sprawi, że do ich miasta pozyskać
się będzie można tylko drogą lotniczą (potem także wydzielonymi korytarzami
tranzytowymi dla samochodów i pociągów). A że fala uchodźców z NRD nie
malała, wielu zadawało sobie pytanie, jak długo władze NRD będą się
przyglądać eksodusowi swych obywateli. Pogłoski krążyły; padło nawet termin
"mur" – na konferencji prasowej z udziałem Waltera Ulbrichta, szefa
wschodnioniemieckiej partii komunistycznej. Ale pies z kulawą nogą nie potrafił sobie
wyobrazić, że można hermetycznie zamknąć kilkumilionową metropolię – że
ktoś w ogóle może wpaść na taki pomysł.
Trzecia część akt dramatu z placu Paryskiego trwał 28 lat, 2 miesiące i 27 dni.
Po nocy z 9 na 10 listopada 1989 r. "mur" runął: gdy pod naciskiem własnych
obywateli władze NRD otwarły granicę, setki ludzi wdrapały się na betonową
zaporę, tańcząc z butelkami szampana. Taki był krańcowość tragedii, która
zaczęła się tu 75 lat temu. Happy end – nie tylko dla Niemiec.
Przełożył Wojciech Pięciak
« 1/1 »
w OnetWiadomości
Ryzykanci
Nie ma mody na siedzisko
Kocha, lubi, szanuje...
Zagubieni w folii
Zagnieżdżeni
Kobiety Orientu odsłaniają twarze
Więcej na http://tygodnik.onet.pl »
W wydaniu papierowym
W najnowszym numerze "Tygodnika"
* Niepublikowany wywiad z Ryszardem Kapuścińskim
* Polemika Państwo-Kościół: Abp Nycz, Borowski, Gowin, ks. Boniecki...
* Kto zabiera nasze dzieci? Rozbiór Wojciecha Bonowicza
* Z jakiego powodu boimy się Grossa? Jerzy Jedlicki o reakcji na "Strach"
* Teolog odchodzi z Kościoła. Prof. Węcławski nie jest już katolikiem
Zaprenumeruj e-tygodnik!
Zamów prenumeratę!
« powrot
Copyright 1996-2008 Siatka Onet.pl SA
 

Losowe archiwa

Rura z muzyką taneczną od marca w MTV
Przyczyna śmierci syna Marlona Brando nieznana
Babyradio.pl będzie dostępne na platformie N
Akcje Rodan Systems zadebiutowały na NewConnect
PŚ w łyżwiarstwie szybkim: Sławomir Obłok 13.